czwartek, 25 maja 2017

Rozdział 6

Otworzyłem oczy, nie dostrzegając słońca. Na wpół zaspany, ze zmarszczonymi brwiami, wstałem z wygodnego łóżka. Podszedłem do parapetu, aby uchylić okno. Nabrałem w płuca powietrze, którego nie dało się nazwać orzeźwiającym — wciąż jednak było ono lepsze niż duchota wypełniająca pokój. Wzrokiem pochłaniałem piaskową okolicę. Powiewy wiatru niosły za sobą drobinki. Przymknąłem powieki, wychyliwszy głowę.
Po kilkunastu sekundach spojrzałem na średniej wielkości zegar wiszący nad ciemnymi, niedużymi drzwiami. Jego wskazówki już dawno wybiły dwudziestą pierwszą. Nie wiedziałem, ile spałem, ale na pewno przymrużyłem oczy na dobre pięć godzin. Straciłem dużo czasu, ale na pewno nie wydarzyło się nic, w czym mógłbym zainterweniować — w przeciwnym wypadku ktoś by mnie obudził. Mimo to poczułem zirytowanie; mogło mi coś umknąć. Nawet nie wiedziałem, na czym stała Tsunade. Mogliśmy wyruszać już jutro, a równie dobrze za kilka dni. Zrezygnowałem jednak z pomysłu, żeby iść i zapytać o stan naszej misji. Głównie ze względu na późną porę.
Postanowiłem natomiast odwiedzić kogoś innego — Naruto. Liczyłem na to, że dowiedział się czegoś podczas mojej drzemki. Nie miałem oporów, aby w czymkolwiek mu przerywać, nawet jeśli wyrwałbym go z ewentualnego snu.
Paroma krokami pokonałem pomieszczenie i wyszedłem na korytarz. Doszedłem do odpowiednich drzwi, nacisnąłem klamkę, a następnie przekroczyłem próg. Do moich nozdrzy dotarł zapach, który wyprosił z organizmu resztki niedospania.
Alkohol.
Odszukałem wzrokiem przyjaciela — zasiadającego na ogromnym fotelu, sączącego napój ze szklanej, ciemnej butelki. Z opóźnieniem podniósł na mnie wzrok i obrzucił nim od stóp do głowy.
O, Sasuke! Wstałeś w końcu. — Blondyn dźwignął się, z uśmiechem przytwierdzonym do twarzy. W tych paru słowach wyłapałem zaplątany język; musiał pić już od jakiegoś czasu. Nie wyglądał jednak na pijanego. — Spałeś, a babunia z Sakurcią u tego pana. Nie miałem co robić, więc poszedłem na spacer i... — Zachichotał pod nosem i podszedł bliżej.
Nadal nie wróciły? — zapytałem, kryjąc zdumienie. Chłopak przeczesał włosy jedną dłonią, w drugiej wciąż trzymając trunek.
Właściwie to nie wiem — mruknął. — Chyba nie.
Przybijawszy piątkę z własną twarzą, wyzwałem go od idioty. Teoretycznie samemu nie będąc lepszym; przespałem pół dnia.
Wytężyłem zmysły na kilka sekund. Nie wyczuwałem żadnej znajomej chakry w pobliżu. Podejrzewałem, że harowanie jak wół to ulubione zajęcie zarówno Piątej, jak i Sakury. Nie czułem więc potrzeby sprawdzania ich pobytu. Chwyciłem jednak klamkę, aby opuścić śmierdzący tą trucizną pokój Naruto, ale poczułem opór w postaci jego stanowczej, natarczywej dłoni.
Są przecież w Sunie — zauważył nadwyraz inteligentnie, ciągnąc mnie w swoją stronę. Chyba myślał, że przejąłem się ich nieobecnością i miałem zamiar to sprawdzić; nawet nie miał pojęcia, w jakim błędzie był. — Nic im nie będzie. Wypij ze mną. Jak na dobrego przyjaciela przystało — zaproponował, trzymając butelkę przed moją twarzą, na co ja nie odmówiłem.
Dawno nie miałem w ustach nic mocniejszego. Właściwie rzadko miało to miejsce, a jeśli już, to najczęściej, gdy napotykałem na swojej drodze Suigetsu. Zazwyczaj podzielałem jego pomysły na spędzenie wolnego czasu.
Prawie prychnąłem, gdy przypomniałem sobie o jednym ze wszystkich tych razów. Wybrałem się z Suigetsu do jednej z kryjówek, żeby wypić po przyjacielsku. Przesadziłem i bynajmniej nie miało to szczęśliwego zakończenia.
Do dzisiaj pamiętałem minę Juugo, który przybył kilka godzin po rozpoczęciu libacji i ze zdziwieniem odkrył, że nie zdążyłem dobiec do toalety. Nie wiedziałem, co było wtedy gorsze: moje samopoczucie czy sprzątanie.
Potem odstawiłem takie rozrywki.
Ale nie przesadzajmy — zażądałem. — Jesteśmy w trakcie misji i nie chcę zostać przez to zawieszony.
Urlop dobrze nam zrobi — stwierdził z powagą. — Poza tym, co mogłoby się wydarzyć?
Dopiero co szalałeś z radości jak głupi z powodu jakiegoś zadania — zauważyłem słusznie, a on, z już ubogim myśleniem, dodatkowo otępionym procentami, nie odpowiedział. — Chodzi o pieniądze, matole. Jeśli myślisz, że do końca życia będę z tobą mieszkał, mylisz się — dorzuciłem, upijając kilka łyków z butelki, a nieprzyjemne pieczenie otuliło przełyk. Wyminąłem Uzumakiego i opadłem na fotel. Ten sam, na którym przed chwilą zasiadał on. O dziwo nie przeobraził tego w kolejny powód do sprzeczki, tylko zajął miejsce obok, na kanapie.
Stał się cichy, a po kilku kolejnych sekundach sprawiał wrażenie już całkiem przygaszonego. Pochyliwszy się, ułożył podbródek na wnętrzu dłoni, zerkając co rusz na coraz pustszą butelkę.
Dorwiemy ich — zagaiłem, przenosząc spojrzenie na panoramę Piasku za oknem. — Skopiemy, rozszarpiemy. Cokolwiek, ale dorwiemy tych skurwysynów.
Pewność przemieszała się z chęcią odpłacenia, determinując niespodziewanie.
Chcę ci tylko przypomnieć, że przed paroma dniami wylądowałeś przez nich w szpitalu — zakpił, łapiąc ostatni łyk i odstawił flaszkę na stół, chwytając kolejną. Obdarzyłem go jednym z najbardziej ostrzegawczych spojrzeń, na jakie mogłem się wysilić.
Przecież wiesz, na jakiej zasadzie oni działają. A przynajmniej działali, bo już nie damy się nabrać na ich sztuczki. Nie my. Ogłuszanie z zaskoczenia to ich sposób na wygraną, ale być może jedyny. Teraz jednak wiemy, jak dokonali tylu porwań, więc nie dadzą już rady z moimi oczami i twoją szybkością — stwierdziłem.
Ci faceci, z którymi zmierzyliśmy się w szpitalu, byli szybcy, ale dla naszej dwójki należeli do zbyt powolnych osób. Jeżeli pokonaliśmy Kaguyę, oni nie stanowili większego zagrożenia.
Czekam na to, dattebayo! Może wtedy ci wszyscy, którzy padli ich ofiarą, poczują się wolni — przypuścił. — Następnym razem, gdy się z nimi zmierzymy, Sasuke. Następnym razem to z tobą będę rywalizował, a nie z tymi dupkami. O to, kto powali ich szybciej. — Jego palec wystrzelił w moją stronę z zawrotną prędkością, a uśmiech poraził. Skinąłem więc w odpowiedzi, drwiąco wykrzywiając usta.
Nastrój Naruto zmieniał się z sekundy na sekundę. Znów zarażał dobrym humorem i zmotywowaną postawą.
Ale zjadłbym ramen! — Wszystko jednak prysło, cała triumfalna otoczka wyparowała. Westchnąłem więc, nie mogąc nic na to zaradzić; nie dysponowałem żadnym zapasem ramenu, a moja wiedza o okolicznych barach z jedzeniem była nikła. Poza tym zbliżała się dwudziesta druga.
Później dwudziesta trzecia, a nim się obejrzałem — wszystkie butelki stały puste. Co więcej, głowa Uzumakiego też sprawiała takie wrażenie. Mnie natomiast wszystko szumiało. Nie wypiłem jednak takiej ilości co blondyn, więc kontaktowałem o niebo lepiej niż on.
A wiesz, Susake — zagadał, przeinaczając moje imię. Postanowiłem jednak go wysłuchać, nie przerywając. — Ja mam plany! I to nie tylko zostania Hokage! Mam plany wobec Hinaty. — W komiczny sposób uniósł palec wskazujący, ale nie panował nad ruchami. Nie uzyskał więc zamierzonego efektu, wyglądając przy tym niczym półgłówek. — No wiesz, będzie ślub. Wieeelki ślub. Taki, o! — Wyciągnął ramiona w przeciwne kierunki. Szeroko. Bardzo szeroko. — No i wspólne mieszkanie, piękna przyszłość. No wiesz, dzieci. Tyyy, ty wiesz, co to jest seks, prawda?
On był głupi. Chorobliwie głupi, jednak jeszcze nigdy dotąd nie zadał równie kretyńskiego pytania. Z trudem zrezygnowałem z trzepnięcia w jego głowę.
Wiem, co to seks, baranie — rzuciłem z wyrzutem. — Wytrzeźwiej trochę.
Czy on zadał to pytanie na poważnie?
Naraz pokręcił energicznie głową, jakby czytał w myślach. Chwilę później rozbrzmiał gromki śmiech.
Ale miałeś minę! — stękał przez kolejny salwy, a ja wręcz wyczekiwałem jego śmierci. — Chyba nie uwierzyłeś, że opiłem się tak bardzo?
Owszem, nie należał do najtrzeźwiejszych, a jego język jedynie potwierdzał tę tezę, natomiast sprawiał wrażenie świeższego niż przed kilkoma sekundami.
Kretyn — podsumowałem, zanim osaczyła nas cisza. I to nie ta naturalna, dogodna. Była ona zdecydowanie ciężka i zwiastująca coś cierpkiego. Coś, co sam zapoczątkowałem, wymawiając słowa kłębiące się we mnie od kilku dni.
Odbyłem podróż i poukładałem pewne sprawy — zacząłem ostrożnie, a Naruto przeniósł wzrok prosto w moje oczy, a jego mina oznajmiała wyczekiwanie. — Kiedy jednak odnowię formę, a sprawa ataków zostanie rozwiązana, znów wyruszę. Tym razem mam zamiar zbadać wymiar Kaguyi. Chciałem to zrobić od dłuższego czasu, ale w pierwszej kolejności musiałem wszystko przemyśleć. Wracając do wioski zdawałem sobie sprawę z tego, że nie zagrzeję tutaj miejsca na dłużej.
Przyjaciel przez dłuższą chwilę kontemplował w oszołomieniu. Dopiero później skinął powoli, jakby trawiąc słowa, jakie padły. Słowa, których nie mogłem cofnąć, znając ich konsekwencje.
Musiałem w końcu go powiadomić. Rozmawiałem już o tym z Kakashim, zastrzegając dyskrecję. Nie negował, nie oceniał. Zrozumiał.
Ktoś musiał przepadać te miejsca, a jedyną osobą, zdolną do tego, byłem ja. Idealny sposób na odkupienie win. Zdawałem sobie sprawę z tego, co mógł poczuć Naruto i co poczuje Sakura, ale w pierwszej kolejniości czułem się zobowiązany do rozwikłania tej jednej, wielkiej zagadki, aby Konoha mogła zasypiać w bezpieczeństwie. Tak, jak chciałby tego Itachi.
Później będę mógł odejść, realizując plany, pomyślałem.
Kiedy zamierzasz wyruszyć? — zapytał, markotniejąc. — Znowu — dodał pod nosem.
Tego akurat nie wiem. Najpierw ta sprawa. Później pomyślę o dalszej części podróży — wyjaśniłem. W duchu liczyłem na szybkie rozwiązanie śledztwa, nie mając takiej gwarancji. Odkąd jednak tutaj przybyłem, wszystko szło w zupełnie innym tempie — istniał więc cień szansy.
Widziałem wyrzuty w błękitnych oczach oraz rozgoryczenie wymalowane na twarzy.
Rozumiem — rzekł tylko. Nie zamierzał kwestionować moich decyzji. Wiedział zresztą, że już nie dysponował argumentami, aby móc mnie zatrzymać. Zupełnie inaczej niż przed laty.
Siedzieliśmy tak jeszcze kilka minut, martwą atmosferę zabijając na nowo rozwiniętą rozmową, tym razem na inne, mniej znaczące tematy. Dopiero wyczuwając znajomą chakrę w pobliżu, uświadomiłem sobie, jak bardzo pożerała mnie senność, a powieki mimowolnie opadały w dół, zasłaniając i rozmazując widoczność.
Idę do siebie — mruknąłem ospale. — Mimo wszystko chcę spać. Za dużo wychlaliśmy.
Uzumaki szybko podzielił tę opinię, wstając zaraz za mną, kiwając się na boki. Sam nie zrobiłem tego umiejętniej; alkohol, który jeszcze chwilę temu jakby wyparował, nagle dał o sobie znać. I to nie tylko mi, bo nie wiedziałem nawet, kto pierwszy stracił równowagę. Naraz wpadliśmy na siebie, z hukiem upadając na twardą, chłodną podłogę.
Kurwa — stęknąłem, doznając przeszywającego bólu w okolicach prawej dłoni. Nagle poczułem wilgoć na jej wewnętrznej stronie, a następnie palcach. Przeniosłem wzrok w to miejsce, napotykając kończynę oblewaną przez krew. Przekląłem jeszcze raz. Na podłodze, kilka centymetrów pod moją ręką, leżała rozbita butelka — bestialska winowajczyni.
Cholera, nie wygląda to dobrze — skomentował blondyn, uważnie przyglądając się ranie. Stanąwszy ociężale na nogi, machnąłem zdrową, choć sztuczną ręką, wygłaszając ignorującą opinię. Następnie raz jeszcze zakomunikowałem, że wracam do pokoju. Tak też zrobiłem, zostawiając Naruto samego.
Wychodząc na korytarz, ucisnąłem ranę piekącą jak diabli. Zasyczałem cicho, kiedy dała o sobie znać dwukrotnie mocniej i przyspieszyłem kroku. Nie przyniosło to oczekiwanego zamiaru, gdyż moje nogi postanowiły stanąć zaledwie pół metra od celu. Zmieniając kierunek, spuściłem głowę o kilka centymetrów, aby dostrzec powód wstrzymania wędrówki. Natrafiłem na roztargane, różowe włosy. Bladą cerę. Duże, zielone, zmartwione, zmęczone oczy, uporczywie wpatrujące się w czerwoną ciecz, niekontrolowanie skapującą na jasny dywan.
Wtedy też zauważyłem, jak ręka dziewczyny wypęłznęła wprzód. Mozolne ruchy zdradzały przemęczenie, jednak nie przeszkodziło to w ukazaniu światu zielonej poświaty.
Zostaw — warknąłem, wyrywając się z kojącego dotyku. Nie potrzebowałem pomocy z jej strony. — To nic.
Darowałem sobie ubarwianie słów w mrożący ton czy zastosowanie karcącego spojrzenia. W rzeczy samej, przedstawiłem jedną z łagodniejszych wersji siebie, chociaż ostatecznie zabrzmiałem chłodno i oschle. Na Sakurę podziałało to niczym kubeł zimnej wody lub rozwścieczona wataha wygłodniałych wilków; gwałtownie wycofała się na niemałą odległość. Obrzucając zlęknionymi oczyma podłogę, ominęła plamy krwi na posadzce, jakby celowo przed nimi uciekając. Niemalże dygotała ze strachu, więc przyspieszony, płytki oddech nie był jedyną rzeczą, jaka ją zdradzała.
Jesteś taka irytująca — rzuciłem. Szybko i sucho, a chłód bijący od tych słów przeszył powietrze. Być może to alkohol, ale jej wiecznie płochliwa postawa zagrała mi na nerwach. Ciężko przychodziła mi wiara w fakt, że ktoś tak strwożony światem mógł kiedykolwiek zostać shinbi, cokolwiek osiągając.
Z konsternacją badałem twarz Haruno, ale nie odszukałem na niej niczego oprócz zmieszania, pokory i stresu. Zastanowiłem się nawet, czy nie potrzebowała jakiejś konsultacji z psychologiem. Wpadłem przez to na pewien idiotyczny pomysł, natychmiastowo upychając go w zakamarkach umysłu, do których na ogół nie wracałem.
Zignorowałem łzy w przerażonych oczach, przerażoną mimikę oraz wrażenie, jakby wyczekiwała śmierci.
Obróciłem się na pięcie, pozostwiając zadręczoną Sakurę za sobą. Jednym susem pokonałem ostatni dystans. Wchodząc do pomieszczenia, zatrzasnąłem drzwi, a po minucie albo dwóch rozpoznałem kolejną chakrę.


Następny dzień rozpoczął się cholerną suszą w ustach, na co przekląłem własną głupotę.
Było wypić więcej — zadrwił nieproszony głos w odmętach umysłu. On, sponiewierające samopoczucie oraz męcząca pogoda odcisnęły piętno na moich wszelkich chęciach. Gdybym siedział w Konoha, zostałbym w łóżku z zamiarem gnicia w nim. Niestety obowiązki wzywały; należało sprawdzić, na jaki etap weszła Tsunade. Ich wczorajszy późny powrót mógł sugerować, że było po operacji. Musiałem jednak samemu wybadać grunt.
Zmierzając do bufetu, spostrzegłem zaschnięte plamy krwi na podłodze. Z grymasem otaksowałem dłoń, otuloną bandażem. Momentali dawała o sobie znać. Minąłem wejście do pokoju Naruto. Niemalże prychnąłem, mijając owe miejsce. Najpewniej wciąż leżał w środku, umierając.
Przemknąwszy pomiędzy ludźmi, smakującymi przeróżne potrawy, podszedłem do lady, zamawiając śniadanie. W międzyczasie obrzucałem wzrokiem całe pomieszczenie, ale nie dostrzegłem nigdzie znajomych twarzy. Dopiero po kilku minutach spędzonych w zbędnym gwarze, kiedy głód został zaspokojony, a madmierne pragnienie ugaszone, ujrzałem cycatą blondynkę. Kłamliwą na dodatek, bo z premedytacją oszukiwała tych wszystkich półgłówków, którzy myśleli, że mijała ich urodziwa, młoda kobieta. W rzeczywistości zostało jej niewiele do sześćdziesiątki.
Poderwałem się, na co Tsunade przystanęła w miejscu, oczekując, aż do niej podejdę.
Co za babsko, pomyślałem.
Ile ci jeszcze zostało? — zapytałem, rezygnując z uprzejmości i szacunku. Może w gabinecie Hokage, może wobec Kakashiego — owszem. W takich okolicznościach czułem swoisty respekt. Tutaj jednak nie miałem ochoty na ubieranie zdań w ładne słowa.
Dziś wieczorem operuję. Jeżeli wszystko się powiedzie, już jutro będziemy wracać. — Spowierała mnie spojrzeniem, spokojnym i na swój sposób ciepłym, a zarazem surowym, jakby czytając w myślach. Jakby w i e d z i a ł a. — Następnym razem, Uchiha, jak już pijecie, ty i Naruto, zróbcie to w domu. Nie chciałabym wyciągać konsekwencji z tak głupich czynów. — Jej uśmiech był perfidny, a głos przesiąknięty kpiną. Niezwykle cholerne babsko, nieszczędzące człowieka.
Wyminąłem ją, wyprostowaną i dumną. Zza pleców Piątej wypęłzła nieco niższa, drobniejsza sylwetka. Kiedy obrzuciłem ją czarnymi, niewzruszonymi oczyma, zwsztywniała, kurcząc się dwukrotnie. Nie umknęły mi wypieki na twarzy, świadczące o niemałym zawstydzeniu. Wśród ludzi, przy mnie, obok mentorki.
Wróciłem do pokoju, dzierżąc w ręku butlę z wodą.


Upał atakował zewsząd, doprowadzając do szału. Potęgował nieprzyjemne dolegliwości, okrutnie i przebiegle. Naraz zdałem sobie sprawę z tego, że nawet w Konoha, w d o m u, było przyjemniej, choć nadal ciepło — za ciepło, do którego wciąż się dopasowywałem. W końcu zima już dawno przeminęła.
Słyszałem trajkotanie. Cholerne trajkotanie Uzumakiego, którego miałem ochotę wyrzucić z pokoju. Przez okno.
Ta — odparłem, zbywając jego pytanie. Pochłonąłem kolejne magiczne ilości wody, przystając przed lustrem. Fiolet i czerń ze zwierciadła taksowała uważnie, nasuwając pytanie: kto kogo tak właściwie mierzył wzrokiem?
Fuknięcie sprawiło, że drgnąłem, prawie niewidocznie, ale nadal prawie.
Nie słuchasz! Sasuke, cymbale, nie słuchasz mnie, dattebayo! — wykrzyknął, a jego obrażalski ton doprowadził mnie do głośnego prychnięcia. Spotęgowałem jego złość. Złożył ramiona na piersi, zaciskając usta. Przypominały wąską kreskę. Wbijajał we mnie złowrogie, błękitne tęczówki spod zmarszczonych wściekle (i nawet zabawnie) brwi. — Mówiłem, że śniadanie bardzo mi smakowało.
Skinąłem, tym razem przyjmując do wiadomości wielce potrzebną opinię o jedzeniu. Przypominał odrobinę Suigetsu. Z tym, że były członek Taki zachwycał się niezbędnymi mu do funkcjonowania płynami. Tak czy owak — przypominał.
No i... nie zmienisz decyzji? — zagadał, potulniejąc. Opuścił ramiona wzdłuż ciała, uciekając spojrzeniem gdzieś w głąb pomieszczenia. — Naprawdę nic nie nakłoni cię do pozostania w wiosce? — Wcale nie spotulniał. Stał przede mną znów przygnębiony; przeze mnie, fakt faktem.
Naruto — zacząłem stanowczym tonem, dając do zrozumienia, że nie mam zamiaru ciągnąć tej rozmowy zbyt długo. — Czegokolwiek byś nie powiedział lub nie zrobił, odpowiedź jest jedna: nie. Niebawem wyruszę, tym razem może na dłużej. Przepadam te wymiary i zapobiegnę kolejnym podobnym przypadkom, jak ten podczas wojny, choćbym miał spędzić na tym lata. Tylko ja mogę to zrobić, a Sojusz tego potrzebuje.
Rozumiał. Od początku, siliłem się więc z tłumaczeniami na próżno, a i tak poczułem zobowiązanie do tego, aby objaśnić te plany.
Itachi dawno temu poświęcił w s z y s t k o, aby Konoha żyła w bezpieczeństwie. Teraz ta powinność należała do mnie. Musiałem spełnić jego wolę, nawet za cenę własnego życia. Potrzebowałem tego, by wiedzieć, za co miałem pokutować. Do czego dążyć.
I chyba właśnie to mogło być tym trzecim celem, priorytetem.
Jestem tylko ciekaw, jak zniesie to Sakura. Znowu — żachnął się. Tak po prostu stojąc nieopodal, niczym osaczający drapieżnik. — Przecież ona... sam dobrze wiesz, Sasuke.
Nie, pomyślałem, nawet mi teraz o tym nie wspominaj.
Obrzuciłem blondyna wymownym spojrzeniem; temat został zamknięty i nie dałem pozwolenia na jego kontynuowanie. Z westchnięciem więc odpuścił, splatając spalce i wyciągając ramiona daleko przed siebie. Kostki wydały z siebie charakterystyczne pstryknięcie, na sekundę przerywając ciszę.
Dłuższy czas żaden nie rozpoczął kolejnego tematu. Odpuściliśmy rozmowy, skończywszy na zgryźliwym temacie. Znów miało nastąpić nasze rozstanie, dlatego z trwogą przełknęliśmy następne głuche minuty.
Spotkamy się z Orochimaru — zakomunikowałem dosyć obojętnie, wymijając go, aby otworzyć okno. Musiałem wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. — Zrobimy to po powrocie z misji, żeby nie zwlekać za długo.
Dorzuciłem to stanowczo, a mimo to Uzumaki postanowił zanegować tę decyzję, doprowdzając mnie do irytacji.
Po pierwsze: powinieneś ustalić to ze mną, Kibą i Shikamaru — rzucił oskarżycielsko, na co przekręciłem oczyma, zlewając zarzuty. — Po drugie: myślisz, że Kakashi na to nie wpadł? Przesłuchanie nic nie dało, a dokonał go sam Ibiki Morino. Nikt nic z tego gada nie wyciągnął. Na dodatek wciąż jest pilnowany przez Yamato.
Orochimaru cechowały przebiegłość, cwianiactwo i spryt. W dodatku przez lata zmieniania twarzy udoskonalił grę aktorską, dochodząc do wybitnego poziomu.
Tak. Uważałem, że potrafił przechytrzyć Ibikiego Morino bez zawahania, nie potknąwszy się i nie mrugnąwszy przy tym ani razu.
Wyciągnę z niego to, co trzeba — syknąłem ostro. — Poza tym już o tym rozmawialiśmy. Pomyślałem nad tym dokładniej i jednak złożymy mu wizytę.
Musiałby znów współpracować z Wioską Dźwięku. Nie mógłby, jeśli jest strzeżony. W dodatku Sojusz się utrzymuje. Może dawniej Wioska Dźwięku nie zawahała się wbić nam noża w plecy, ale teraz jest inaczej — wtrącił, a mnie nie przekonały jego słowa. Na Sojusz składały się głównie Wielkie Nacje, a ta wioska do nich nie należała. A Orochimaru i Dźwięk stanowiły symbol krętactwa. — Poza tym kilka miesięcy temu do Oto zawitały nasze oddziały. Strata czasu.
W pewnym momencie znajome burczenie wypełniło pokój.
Czas na ramen — stwierdził z cieniem ulgi, radośnie i z rosnącym entuzjazmem. Pokonał dzięlący nas dystans. Z błyskiem w oku, zpowiadającym ciężki dzień, szarpnął mnie za rękaw. — Idziemy!
Nie — rzuciłem ostro, z zamiarem uniknięcia męczarni. Wystarczająco dokuczliwa stała się suchość w ustach i ciągłe towarzystwo przyszłego-niby-Hokage.
Wtem jednak bunt przeciwko tym planom okazał również i mój żołądek, dający o sobie znać. Bezgłośnie, po prostu kłopotliwym ściśnięciem, jakie spowodował głód. Dlatego przemyśliwszy dokładniej propozycję, odruchowo chwyciłem za katanę, bezwarunkowo oczekującą na mnie od kilkunastu godzin, wsuwając ją w pokrowiec.


Stąpaliśmy nieśpiesznie piaszczystymi ulicami, rozgrzanymi słońcem i przepełnionymi mieszkańcami. Między nami szła dziewczyna, przygaszona, niepewna. Powiewające różowe włosy, pełne życia i blasku, tak bardzo kontrastowały z wymarłym spojrzeniem oraz widoczną chęcią odseparowania. Ucieczki.
Drepcząc leniwie, z oczyma wbitymi w ziemię, niepatrzącymi, jedynie widzącymi, wydawała się umarła. I być może tak było, gdzieś od dwóch lat — stąpała przed siebie jedynie fizycznie, złachmaniona męczarniami.
Teraz jednak uparcie wbity od kilku dni w jej duszę gwóźdź, wielki, bolesny i okrutny, odsłonił się bez ceregieli; znałem ten wzrok. Posiadałem go. Wzrok oglądający jedynie stratę i kostuchę, ocierającą brudne łapska po wykonanym zadaniu — bezwzględnym odebraniu najważniejszej ostoi w życiu człowieka.
Do dzisiaj znienacka przychodziły momenty, w których i ja przybierałem te oczy — pamiętające krew.
Gwałtownie wciągnąłem powietrze do płuc, przypatrując się budynkom i szyldom nad drzwiami, za oknami, przed wejściami. Mieszkańcy rozmawiali ze sobą, dokazując i wypoczywając. Wszystko to przypominało nastrój panujący w Konoha. Z lokali wokół docierały zapachy ciepłego jedzenia, wróżące cel, do którego z ogromnym zaangażowaniem prowadził nas Naruto. Nie spostrzegając upadłego nastroju Sakury, raził optymizmem, jaki napawał go podwójnie, gdy w grę wchodziło ramen.
O, o! To tam! — wykrzykiwał, stęskniony za ulubionym smakiem. Wyprzedził naszą dwójkę na kilka kroków, przeobrażając je w metry, wciąż zwiększając dystans. — No co się tak ociągacie? Lenie!
Natychmiast na niego fuknąłem, ale nie słyszał — przystanął obok pawilonu z namalowanymi czerwoną farbą literami nad dużym oknem, mówiącymi po prostu Ramen. Pospieszał nas machaniem ręki, z triumfalnym uśmiechem wyczytując kolejne pozycje na liście posiłków, wystawionej tuż przy otwartych drzwiach. Co jakiś czas ktoś przysłaniał mu widok na tablicę, wychodząc lub wchodząc do środka.
Haruno, przemykająca obok, otarła ręką o moje ramię.
O, mają ramen z miso — zauważył z ulgą, choć byłem pewien, że nie pogardziłby żadną inną odmianą tak ukochanej zupy. Niemniej jednak bez zastanowienia postawił na tę, która najbardziej przypominała mu o domie.
Wtem rozległ się krzyk z daleka. Krótki, nieustannie powtarzany, paniczny. Nic dziwnego więc, że wywołało to niepokój i zamieszanie, kiedy wystraszony przybysz, zdyszany oraz zmęczony, oznajmiał wciąż: morderca! Wyraz twarzy, strużki potu na czole, czy nerwowe zaciskanie pięści na jasnej tunice, uwiarygadniały słowa mężczyzny w średnim wieku.
Sakura dygnęła, a Naruto, pożegnawszy się z zamiarem zjedzenia, doskoczył do obcego — być może mieszkańca Piasku.
Rzuciłem wzrokiem na zebranych wokół, nie dostrzegając ani jednego ninja. Tak przynajmniej wywnioskowałem, widząc u każdego jedynie przerażenie na wieści przyniesione tak niespodziewanie. Nikt nie zachowywał zimnej krwi. Przecisnąłem się więc przez tłum, ciągnąc za ramię Haruno. Stanęliśmy tuż przy Uzumakim.
Krew, krew! Ciała, dużo krwi! — wkrzykiwał wciąż, chyba nawet nie zauważając stojących przed nim shinobi. — On ma topór! Ogromny topór, cholera!
Powtarzał tak bezustannie, marnując czas w obliczu niebezpieczeństwa, zbywając nasze pytania: kto? gdzie? jak?
Szedłem tam spokojnie, z grzybów w-wracałem, o! — Na dowód pokazał pełny koszyk. — Rano zbierałem, chodziłem tam jeszcze. Aż tu nagle widzę chłopaka. Z toporem, no! Dziwnie wyglądał, włosy czerwone, trochę jak Szanowny Kazekage, a na rękach jakieś urządzenia, nie wiem, co takiego. Kilka osób leżało na ziemi, aż tu nagle ten...
W końcu zniecierpliwiony Naruto wyrwał się wprzód, chwytając zdenerwowanego faceta za poły, szarpiąc nim w tę i z powrotem.
Ponownie rozległy się szepty, mówiące tylko o przerażeniu oraz potrzebny powiadomienia Kage.
Panie! Nie mamy czasu! Mów pan, gdzie to się stało, dattebayo! — huknął na niego, próbując ponownie wyciągnąć jakiekolwiek przydatne informacje. Mężczyzna jakby dopiero teraz spostrzegł naszą trójkę, przytomniejąc i wyrywając się z amoku.
S-shinobi Liścia? — zapytał, zaczepiwszy wzrok na ochraniaczach. Przycisnąłem go ponaglającym, wymownym spojrzeniem oraz kamienną miną; czasu było coraz mniej, a ten struchlały błazen tylko niepotrzebnie przedłużał. Wystawił w końcu dłoń w przeciwnym kierunku. Wskazał palcem na bramę za nami i powiedział:
Za tą bramą, gdy pobiegniecie w prawo natraficie na Pustynne Zarośla. To kawał drogi stąd. Sam biegłem tu kilkanaście dobrych minut. Tam, w tamtym lesie. Mnóstwo krwi, zaraz przy głównej ścieżce, nie da się przegapić.
Roztrzęsienie w jego głosie wszystko podsycało, a ludzie wokół gadali. Zwróciliśmy się szybko w tył, biegnąc czym prędzej w wyznaczone miejsce; Naruto, wciąż trzymający faceta za materiał, pchnął nim w bok. Prawdopodobnie upadł na gruby tyłek, ale niestety nie miałem przyjemności tego widzieć.
Zawiadomcie Kazekage! — krzyknął na odchodne Naruto, doganiając Sakurę na przodzie. Weszliśmy w zakręt, a drobny, miękki piach nasypał się do butów; zignorowaliśmy to, przyspieszając jeszcze bardziej.
Pustynne Zarośla znałem jedynie z opowieści — nigdy nie miałem okazji na ich zwiedzenie. Od zawsze fascynowały turystów swoją fauna i florą, tak bardzo podobną do tej z Kraju Ognia — w końcu lasy tętniące życiem to nieczęste zjawisko w Kraju Wiatru. Podobno od razu, gdy się tam wchodziło, można było wyczuć zupełnie inne powietrze, rześkie i wilgotne.
Właśnie tam zostali odnalezieni Sakura, Kiba, Shikamaru i wielu innych shinobi.
Mknęliśmy przez suche okolice, niezbyt długo, ale słońce męczyło i zaczynało być coraz dokuczliwsze. W końcu spostrzegliśmy z oddali Pustynne Zarośla, o jakich mówił przybysz. Wciąż jednak były daleko poza naszym zasięgiem, a czas naglił. Rozżarzony piasek drażnił stopy, a ja szukałem jakiejkolwiek możliwości, aby skrócić wędrówkę.
Cholera, jak gorąco — wysapał Naruto, jednak oprócz kilku kropel potu na twarzy nie dostrzegłem zmęczenia; sam również go nie odczuwałem. Dystans ten, nawet podczas upału, był stanowczo za krótki dla kogoś takiego jak my.
Stójcie! — wydałem rozkaz hardo i stanowczo, samemu postępując w taki sposób. Haruno, zatrzymując się, odgarnęła grzywkę z zaczerwienionego od słońca czoła. Posłała w moją stronę zdezorientowane, pytające spojrzenie. Zbyłem je jednak, wyciągając dłoń w jej stronę. Szybko pochwyciłem jej nadgarstek, zamykając w mocnym uścisku. Dziewczyna podskoczyła. Podobnie postąpiłem z Naruto, zaciskając pięść na jego koszulce.
Co ty robisz, Sasuke? Czas nam ucieka! — parsknął, ściągając mocno brwi.
Uaktywniłem kekkei genkai, przemilczywszy pytanie.
Omiotłem spojrzeniem małego szakala, leżącego w cieniu, daleko przed nami, tuż przy wejściu do lasu. Nie mógł przewidzieć, co go czekało, gdy zawładnąłem jego istnieniem.
Świat zawirował, a my w mgnieniu oka zajęliśmy miejsce futrzaka. Naraz zalała nas ulga, gdy skryliśmy się pod rozłożystymi liśćmi, natomiast nieświadomego i zgłupiałego zwierzaka pozostawiłem na słońcu, wśród parzącego piasku.
Wyciszcie chakrę — syknąłem, nie będąc jednak pewnym, czy siepacz (o ile jeszcze nie uciekł) nie zdążył już wyczuć ogromnego skupiska energii, gdy użyłem Rinnegana. Zakładając, rzecz jasna, że zabójca nie był tylko zwyczajnym człowiekiem.
Ruszyliśmy dalej, choć wchodząc na najpewniej głównę ścieżkę, mogliśmy zaznać zupełnie innej aury tego miejsca.
Martwej.
Dokładnie oglądając okolicę, nie chcąc przegapić żadnego szczegółu, szliśmy przed siebie. To wtedy poczułem mocne szarpnięcie za koszulę. Dokładnie w tej samej chwili wyczułem metaliczny odór. Popatrzyłem więc w prawą stronę, kilka metrów na odsłonięty widok wśród zarośli — tam, gdzie wskazywała Sakura. Naruto zaklął gdzieś w oddali.
I nagle poczułem się nieswojo, wiatr jakby grał mroczną melodię.
Krew była w s z ę d z i e.
Tworzyła kałuże, skrywała wyrośnięte źdźbła, rozpryśnięta przyozdabiała drzewa. W centrum tego wszystkiego bezwładnie spoczywało rozczłonkowane mięso, bo inaczej nie dało się tego nazwać. Rozmaślone, ze stertą żmiażdżonych kości naokoło. Flaki ponuro ubarwiały obraz śmierci, rozpaćkane na ziemi. Kończyny, odcięte i rozerwane, walały się wszędzie, a wyprutych wnętrzności już prawie wcale nie można było rozróżnić.
Moją uwagę przykuło coś istotniejszego — maski ANBU, zakrywające oderżnięte twarze denatów. Nie głowy, lecz twarze — oddzielone od reszty czaszki. Wszystko pokryte szkarłatem.
Konoha.
Żniwa zostały zebrane — perfidnie rzekło moje alter ego, siedzące w ciszy jak dotąd w ciszy, dodając jeszcze: za długo zwlekałeś.
Chłonięcie tego zajęło może sekundę, może dwie, ponieważ nie widok masakry był najważniejszy.
Stał nieopodal, z finezją przypatrując się ukończonemu dziełu. Podstępny uśmiech zastygł na jego twarzy, a oczy ukazywały podniecenie. Umorusany płynami swych ofiar trzymał w ręku narzędzie zbrodni — zabójczy topór, narzędzie zbrodni, o jakim wspominał tamten wystraszony mężczyzna.
Morderca miał czerwone włosy, a jego przedramiona — zgodnie ze wcześniejszym opisem — faktycznie były pokryte znaną już nam bronią.
Bronią z Wioski Dźwięku.
Bardziej jednak zainteresowało mnie to, że nie był to przypadkowy psychol, co podejrzewałem już podczas drogi tutaj. Uniosłem kąciki ust. Mężczyzna ten, wraz ze swoimi trzema koleżkami, zaatakował konohański szpital. Wprawdzie to nie z nim stoczyłem pojedynek i to nie on mnie ogłuszył, ale nie myliłem się.
Zacisnąłem pięści, czując w środku siebie dziwną, niepokojącą żądzę.
Zabij — szeptał głos wewnątrz. Usilnie go zbywałem.
Wtedy mężczyzna, zbyt zafascynowany dokonaną zbrodnią, spostrzegł naszą trójkę, lecz jego opóźnienie było naprawdę duże. Wręcz amatorskie, jak na kogoś, kto z premedytacją porywał całe oddziały, bezwzględnie je torturując.
Uniósł ramię, do którego przymocowane miał urządzenie emitujące fale dźwiękowe. Nim zdążył zrobić cokolwiek więcej, rozbłysła czerwień Sharingana, promieniejąca wzdłuż i wszerz. Tym razem jego dźwięk był za wolny.


Od autorki: Tak, krew wróciła! Hehehe. Swoją drogą to chyba najszybciej naskrobany przeze mnie rozdział — wprawdzie krótki, ale jakoś nie mogłam tutaj nic więcej wyczarować.
Póki co nie przeszedł korekty, ale zaktualizuję, gdy tylko dojdzie to do skutku.

Do następnego! ♥
LAYOUT BY OKEYLA