sobota, 20 kwietnia 2019

rozdział 2


Do domu Uzumakiego zaszli po parunastu minutach. Chwilę zajęło im wgramolenie się po wysokich, pozornie nieskończonych, wystawionych na żar słoneczny schodach. Przez próg budynku przeszli zatem zziajani — doprawdy, tego dnia skwar nie dawał za wygraną. Wtedy Sasuke zauważył: niewyniesione, pełne po sam brzeg worki ze śmieciami; niewyrzucone, puste opakowania po ramen, prawdopodobnie bardzo stare i hodujące nowe życie; niemała warstwa kurzu na meblach. Uchylone drzwi od sypialni Naruto ukazały nawet niepościelone łóżko, kołdrę zsuniętą na podłogę i stertę najpewniej brudnych ubrań. Ponadto wnętrze zdecydowanie nie pachniało świeżością.
Mężczyzna westchnął, choć — prawdę mówiąc — nie spodziewał się niczego innego.
Jeżeli mam tu mieszkać, ma tu błyszczeć — powiedział sucho, przechodząc przedsionkiem do pomieszczenia niewątpliwie spełniającego funkcję salonu. Zrzuciwszy torbę z ramienia, od razu wypatrzył biały, stojący wiatrak.
Jedyne zbawienie w tym wszystkim, pomyślał z ironią.
Wróci taki i już się rządzi — fuknął Naruto, wchodząc zaraz za przyjacielem do pokoju. — Nie mówiąc już o tym, że nawet nie w swoim mieszkaniu!
Nie inaczej — potwierdził i włączył niemal niezbędne przy takiej pogodzie urządzenie. Kiedy przyjemny powiew otulił jego ciało, odetchnął cicho. Przelotnym spojrzeniem objął dębowe panele podłogowe, bladozielone, stare, zniszczone ściany oraz meble, wykonane głównie z buku, na które składał się nieduży, prostokątny stół, cztery fotele, obszerna komoda i wąska szafka na telewizor. Nic nie przykuło jego uwagi na dłużej; ani fotografie z przyjaciółmi porozstawiane na półkach, ani ogromny obraz Wioski Ukrytej w Liściach wczesną wiosną, oprawiony w potężną ramę, zawieszony zaraz nad ławą.
Obaj zasiedli na oprawionych w miękką, ciemną poszewkę siedzeniach. Ku uldze Uchihy okazały się wygodne.
Czyli... Pójdziesz do niej dziś? — zapytał przyjaciel, niepewnie zerkając w stronę mężczyzny. Zmarszczył brwi w konsternacji. — Czy najpierw chcesz wszystko przemyśleć?
Nie wiem jeszcze.
Naruto przytaknął niemrawo, choć nie wydawał się do końca rozumieć postawy Sasuke. Nie odparł jednak już nic w związku z tematem Sakury — domyślił się, że niczego więcej nie zdoła wyciągnąć. Zamiast tego rozpiął zamek czarnej kurtki. Zsunąwszy ją z ramion, cisnął nią na drugi fotel. Sasuke wciąż nie rozumiał, jakim cudem Uzumaki wytrzymał w niej tak długo. Zdecydował się tego nie drążyć, dochodząc do niewymagającego wniosku, że młotek od zawsze był młotkiem.
A Takumi? — dorzucił Bohater Liścia, jakby naraz się ożywiając. — Mówiłeś o jakichś sprawach tam. Co to za sprawy?
Sasuke, czując nagłe poirytowanie, zmierzwił włosy i głośno westchnął. Takumi było ściśle powiązane z jego przeszłością. Nie zamierzał teraz tego odkopywać, dlatego momentalnie pożałował, że wcześniej cokolwiek na ten temat napomknął. W myślach odliczył do dziesięciu i, nie znajdując lepszych słów, przemówił:
Nic, co dotyczyłoby tych ataków, wioski, a tym bardziej ciebie.
Zamknięty jak zawsze — burknął machinalnie Naruto, ale wiedział; wiedział, że Sasuke nie powiedziałby mu więcej, niżby sam tego chciał. Z tego powodu, zupełnie jak w przypadku poprzedniego pytania, postanowił tymczasowo pozostawić temat urwany. — Tak czy tak, dowiem się wszystkiego — dorzucił, zanim wstał i wyszedł, jak przypuszczał Sasuke, do toalety.
Uchiha zastanowił się chwilę; był względnie najedzony, gorąc nadal go irytował i nie miał najmniejszej ochoty, żeby już wcielać w życie plan wielkie sprzątanie mieszkania przyszłego-niby-Hokagejakkolwiek długa nazwa tego planu by nie była. Chciał natomiast odpocząć. Podróż trwała długo, a krótkie, nieliczne postoje okazały się niewystarczające. Dlatego wzruszywszy ramionami przeszedł z pokoju dziennego do skromnej, niedużej sypialni, opadł na miękki materac łóżka i przymknął powieki.
Drzemał lekko, przez sen słysząc krzątającego się Naruto.

***

Osunął się powoli po ścianie, a jego serce biło niespokojnie. Wszelkie dźwięki dobiegały do niego z opóźnieniem — również skomlenie olbrzymiego, białego psa. Drżącą ręką otarł strużkę potu na czole, a następnie przeczesał bujne, brązowe włosy. Oddychał szybko i płytko; tak ciężko było mu ze swobodą łapać powietrze. W głębi ducha dziękował pradawnym, zapomnianym bogom za to, że zdążył skryć się w tej ciasnej, zaciemnionej uliczce, na którą nikt z przechodniów nie zwracał uwagi. Był pewien, że nie wybaczyłby sobie do końca życia, gdyby pozwolił na to, żeby ktokolwiek z mieszkańców Liścia ujrzał go w takim stanie napadu paniki. A napad ten złapał go zupełnie niespodziewanie. Wystarczyły trzy słowa.
Sasuke Uchiha powrócił.
Wiedział, co to oznaczało. Słyszał pogłoski, jakoby ten drań Uchiha działał niczym magnes na złowieszcze olbrzymy; z których to jeden do dziś powracał doń w koszmarach. Czarne, złowróżbne oczy nigdy go nie opuszczały, choć po ucieczce z rąk porywaczy nie spotkał ich już ani razu. Przez powrót Sasuke mogło się to jednak zmienić. Wtedy zaś nocne mary znów stałyby się rzeczywistością.
Wraz ze stworami powróciliby także o n i.
Otulił się swoimi ramionami, a sam bezwiednie zaczął się kołysać w przód i w tył.
Cisza już zastała nas — zanucił, nie zwróciwszy uwagi na zaczepiającą go łapę psa.
Czuł krew. Dużo krwi.
Wiatr mknie przez las.
Słyszał krzyki. Głośne.
Mroźnych krain nastał czas. — Pamiętał wszystko; zapachy, widoki, odgłosy. Pieśń. — Otulonych światłem gwiazd, królujących pośród państw. Aż po kres lat, w których cisza nie zapomni nas.
Pieśń o miejscu zimnym. Władczym.
Powracała w snach — tak jak stwór i jego oczy, tak jak śmiech czterech mężczyzn, tak jak strach i ból.

***

Sakura wciąż nie mogła wyjść z szoku spowodowanego informacją o powrocie Sasuke. Nie potrafiła do końca nazwać związanych z tym uczuć, jakie ją przepełniały. Każdy kolejny krok przez wioskę niemal zapierał jej dech w piersiach. Próbowała się uspokoić, poukładać myśli, ale odkąd wraz z przyjaciółką opuściła ściany swojego domu, doskonale wiedziała, że nie będzie to takie łatwe. Temari stąpała tuż obok, taksując okolicę ze stoickim spokojem. Haruno w duchu dziękowała bogom, że dziewczyna postanowiła przebyć tę drogę w milczeniu. Sakura wyjątkowo nie miała ochoty na wysłuchiwanie żadnych monologów, a No Sabaku najwyraźniej to wyczuła i zaakceptowała.
Z każdą kolejną chwilą zastanawiała się, czy spotka go za następnym zakrętem. Albo bezwiednie zerknie gdzieś w bok i ujrzy go za oknem jakiegoś baru. Być w może w jakiejś ślepej uliczce. Niemniej jednak żaden z tych scenariuszy nie ziścił się przez cały odcinek od jej domu aż do szpitala, do którego zmierzały powolnym tempem. Sakura przyjęła ten fakt z żalem i jedyne, na co się zdała, to głębszy wdech.
Pragnęła zobaczyć Sasuke. Przez półtora roku — od zakończenia wojny — nie widziała go ani razu. Z początku pisała listy, ale nigdy nie dostała odpowiedzi. Później jednak jej życie zmieniło się w koszmar i już nic nie było takie samo. Z tego względu na wiadomość o powrocie Uchihy, zaraz obok podekscytowania i ulgi, pojawiła się obawa. Szósty oraz Naruto mówili jej o nadwyraz częstych starciach Sasuke z olbrzymami z północy. Prawdopodobnie tym samym gatunkiem, który pozostawił na klatce piersiowej Kiby cztery długie, szerokie blizny oraz wspomnienia.
Sakura lekko potrząsnęła głową, kiedy weszły do szpitala. Niemal natychmiast sprowadziła ją na ziemię specyficzna dla tego miejsca cisza. Znała ją tak samo dobrze jak stare, brudnoniebieskie płytki podłogowe, spękane, zielone ściany i ostre światło lamp sufitowych. Dalej, w izbie przyjęć czekało parę osób, zarówno młodych, jak i starych. Co jakiś czas dało się wychwycić ich szepty między sobą; ktoś chyba nawet wspomniał o kiepskim stanie budynku, który po wojnie już dawno powinien przejść remont.
Kobiety przywitały zaznajomiony personel, wspięły się po schodach na drugie piętro, przeszły przez drzwi oddziału pediatrycznego i dotarły do dyżurki. W pokoju nie zastały żadnej z pielęgniarek, natomiast od razu wypatrzyły piętnastoletnią dziewczynę — jedną ze stażystek, uczących się na medycznego ninja. Nauki pobierała u samej Haruno i ku jej dumie, nastolatka uzyskiwała bardzo dobre efekty swojej ciężkiej, sumiennej pracy. Uczennica młodej kunoichi stała oparta bokiem o biurko, z nosem w białym segregatorze, przeczesując blond pasma. Dopiero po paru sekundach radosne, zielone tęczówki przeniosła na Sakurę i Temari.
Sarada — bąknęła No Sabaku i uśmiechnęła się do młodej dziewczyny.
Na ciebie zawsze można liczyć, Temari-san — stwierdziła Sarada. Odłożyła dokumentację na blat i skinęła lekko głową na dwie kunoichi. — Sakura-sensei, dobrze cię widzieć. Dziś rano chciałam poszukać u siebie na strychu jakichś starych podręczników, a natrafiłam na kartony ze starymi rzeczami.
Haruno postawiła parę kroków do przodu, kiedy Sarada sięgnęła do beżowej torby leżącej obok szklanej szafki z lekami. Wyciągnęła z niej drewnianą szkatułkę o długości dwóch dłoni. Zaś po jej otworzeniu, Sakurze serce podeszło do gardła.
Niemożliwe!
Wewnątrz spoczywał kunai o trzech równych ostrzach, między którymi lśniło niewielkie, ciemnofioletowe oczko. Powierzchnię broni porysowano w trakcie wielu stoczonych walk, ale to jedynie dodawało jej zabójczego charakteru. Haruno wręcz nie dowierzała, bowiem ostatni raz ostrze to widziała bardzo dawno temu i nawet przez myśl jej nie przeszło, że przez cały ten czas znajdowało się ono w Konohagakure.
Domyślam się, o czym teraz myślisz i wiedz, że sama o nim nie wiedziałam — powiedziała jej uczennica, w której oczach migotał żal. — Wprawdzie należał do mojej siostry, ale postanowiłam podarować go tobie, sensei. Ja i tak nie zrobię z niego użytku.
W sercu Sakury szalała istna burza, kiedy chwyciła kunai drżącą dłonią. Z trudem przełknęła ślinę i wzięła głęboki oddech, aby następnie szeroko uśmiechnąć się w podzięce.

***

Sasuke zbudził się nagle. Jego ręka z prędkością światła wybiła ku górze, a silne palce pochwyciły krtań kogoś, kto znalazł się zdecydowanie za blisko. Kiedy zaś otworzył oczy, a jego kekkei genkai rozbłysło krwiście, ujrzał wystraszonego, zdezorientowanego Naruto, nachylającego się tuż nad nim. Warknął więc coś pod nosem, lekko odrzucił przyjaciela i sam podniósł się do pozycji siedzącej.
Nie rób tak nigdy więcej, kiedy śpię, młocie — rzucił ostrzegawczo. Rozejrzał się po pokoju, który, ku jego zdziwieniu, był czysty. Zero porozrzucanych ubrań, sprzątnięte z szafek naczynia, niemal lśniące panele podłóg. Zerknął przez uchylone drzwi i od razu stwierdził, że reszta mieszkania prezentowała się podobnie, równie czysto. — Kiedy żeś tu posprzątał?
Kiedy spałeś. Może i potrafię konkretnie nabałaganić, ale równie szybko i dokładnie sprzątam, tak dla twojej informacji. — Uzumaki zarzucił ramiona za głowę i rozciągnął się z cichym stęknięcem. — Obudzić cię chciałem. Zgłodniałem, więc no, jedzenie robię. Też chcesz?
Zaprzeczył w odpowiedzi i wstał szybko z łóżka. Przeklął pod nosem, gdy dopadł go zawrót głowy. Dołączył do tego pulsujący ból prawej skroni, który od czasu wojny odzywał się co jakiś czas. Natychmiast dezaktywował Sharingana.
H-hej, Sasuke. W porządku?
Ta — odburknął i ruszył przed siebie, kiedy tylko poczuł się lepiej. Pomyślał chwilę, zwróciwszy wzrok na tarczę niewielkiego zegarka stojącego na półce. Dochodziła siedemnasta. Uchiha z rozdrażnieniem stwierdził, że zmarnował zanadto czasu na sen. Niespodziewane wezwanie do wioski przeszkodziło mu w eksploracji światów Kaguyi, co było niezwykle ważnym zadaniem, być może stanowiącym o losach świata. Nie mógł więc pozwolić sobie na zbyt długie przebywanie w Konohagakure. Musiał czym prędzej wrócić do wykonywania misji — zatem powinien nadać szybszego toku sprawie dotyczącej porwań shinobi.
Ale na pewno? — dopytywał, ale Sasuke skwitował to jedynie kiwnięciem głowy. Naruto postanowił odpuścić. — To co, chcesz to jedzenie?
Żadnego jedzenia, Naruto — odpowiedział szorstko. Nabrał dużej dawki powietrza do płuc, żeby wyciszyć się choć odrobinę. Następnie wbił czarne oczy w twarz przyjaciela. Uważnie otaksował zmarszczone brwi, zdezorientowane, błękitne tęczówki i zaciśnięte usta. — Kiedy miało miejsce ostatnie porwanie?
Hę?
Ostatnie porwanie, młocie — syknął Uchiha. — Kiedy?
Naruto zastanowił się chwilę i podrapał po głowie.
Bo ja wiem... Z miesiąc temu może. Ci się odnaleźli akurat. Kilka dni temu jakoś — odpowiedział i spojrzał niezrozumiale na Sasuke. Ten jedynie skinął głową w głębokim zamyśleniu, a kiedy po dłuższej chwili nie powiedział zupełnie nic, Uzumaki dodał: — Leżą teraz w szpitalu. Całą drużynę znaleziono w dość ciężkim stanie.
Zatem idziemy tam — od razu zarządził Uchiha i wyszedł z pokoju na przedsionek.
Czekaj, co? Teraz?
Teraz. No, ruszaj się — rzucił, wywierając nacisk na Naruto stanowczym wzrokiem. — Jeżeli mamy cokolwiek w tej sprawie zdziałać, powinniśmy wiedzieć jak najwięcej. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że przez ponad rok nie trafiliście na większe tropy. Musieliście coś przeoczyć.
Nie spoglądał za siebie, gdy wyszedł z mieszkania. Ze satysfakcją stwierdził, że już po paru sekundach usłyszał trzaśnięcie drzwiami, świadczące o wiernie podążającym za nim przyjacielu. Żaden z nich nie odezwał się przez dłuższy czas, co Sasuke jak najbardziej odpowiadało; mógł w ciszy pomyśleć.
Szedł przez Konohagakure i przypatrywał się temu, za co zginął jego brat. Nie zamierzał pozwolić, aby śmierć Itachiego poszła na marne, aby stała się nic niewarta.
Przecież to ty go zabiłeś, słyszał jednak z tyłu głowy.
Masz na rękach krew własnego brata.
Zacisnął pięść.
Nie mógł dopuścić do pogrzebania marzeń Itachiego.
Bratobójca.
Słabe westchnienie wydobyło się z jego ust. Z całych sił próbował zapanować nad umysłem, który w najmniej oczekiwanych chwilach przypominał mu o wszystkich grzechach. Czuł chęć wyładowania wzburzonych emocji i gdyby nie towarzystwo Naruto, prawdopodobnie uderzyłby z całych sił w którąkolwiek z pobliskich ścian lub murków.

***

Młody Uchiha próbował wytypować i uporządkować wszystkie informacje, lecz po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że w istocie niewiele tego było. W głowie wciąż naprzemiennie przewijały mu się Kraj Wiatru i Kraj Błyskawicy, jednak oprócz nikczemnych stworzeń nie znalazł żadnego powiązania.
Milczący i zirytowany, chłonął wzrokiem gaśnicę — jedną z zapewne licznych na terenie szpitala — wiszącą na ścianie, przygotowaną do użytku w nagłej sytuacji. Co parę sekund zerkał jednak w stronę szklanych drzwi, zupełnie niczym zniecierpliwione dziecko, zaś siedzący obok przyjaciel miętosił palcami kawałek materiału koszulki. Od kilku minut czekali na opuszczenie sali przez dyżurującego lekarza.
Nie wierzę, że to zrobiłeś — rzucił z udawanym wyrzutem Naruto, zabijając dłużącą się ciszę. Obrzucił Sasuke wymownym spojrzeniem. — Cholerny draniu.
Niby jak chciałeś w inny sposób dowiedzieć się, gdzie leżą? Ani nie jesteś spokrewniony, ani nie masz żadnego świstka od Hokage.
Dotarło — choć właściwie nie musiało, bo Uzumaki nawet nie oponował, gdy Uchiha użył genjutsu na recepcjonistce. Niewątpliwie otrzymaliby stosowną zgodę od Kakashiego na przesłuchanie członków niedawno odnalezionego oddziału, lecz zajęłoby to, w mniemaniu Sasuke, stanowczo za długo. Dlatego, kiedy z pomieszczenia naprzeciwko wyszedł wysoki, barczysty lekarz w średnim wieku, zupełnie niezaciekawiony obecnością dwójki shinobi na szpitalnym korytarzu, obaj podnieśli się z krzeseł i czym prędzej przeszli przez wciąż uchylone drzwi. Zamknąwszy je, zlustrowali czterech zdziwionych mężczyzn, ubranych w ciemne piżamy, leżących w łóżkach. Pierwszy, być może najmłodszy, o czekoladowych oczach, śniadej cerze i brązowych włosach, podniósł się lekko i w skupieniu przyjrzał się przybyszom. Kolejny zaś, w masywnym, białym gipsie na przegubie ramienia, zmarszczył groźnie brwi nad błękitnymi tęczówkami. Wolną ręką zmierzwił brunatne, sięgające obojczyków kosmyki. Posłał porozumiewawcze spojrzenie do zajmującego równoległy materac zdezorientowanego blondyna. Na samym końcu wyblakłej, acz oświetlonej słońcem sali spoczywał zabandażowany na całej twarzy szatyn, pod kroplówką, leżący w bezruchu. Nie zaszczycił wzrokiem nikogo.
N-Naruto Uzumaki! — wykrzyczał, po niedługiej chwili, trzeci z nich. Rozpoznał znanego w Konohagakure bohatera wioski i natychmiast rozpromieniał. Później otaksował również Uchihę. Sasuke doskonale wiedział, że mężczyzna rozpoznał również jego, lecz nikt nie powiedział niczego więcej.
Naruto skinął głową w przywitaniu i wszedł głębiej. Nie raczył jednak obdarzyć pacjentów żadnym typowym dla niego uśmiechem — zamiast tego postawił na takt, co w jego udziale niewątpliwie miało prawo zaskoczyć. Sasuke z kolei nie zawracał sobie głowy niepotrzebnymi — w jego mniemaniu — przywitaniami czy wyjaśnieniami. Zdecydowanie wolał konkrety.
Potrzebujemy jak najwięcej konkretów związanych z porwaniem — rzucił grubiańsko, przeszywając wszystkich cierpkim spojrzeniem. — Wygląd tych gości, ubranie. Miejsce. Wszystko, co pamiętacie.
Sasuke — syknął przyjaciel, błądząc karcącymi oczyma po jego twarzy. Nie tak chciał to załatwić. Nie tak powinni to załatwiać. Powściągliwa postawa Naruto jednak na nic się zdała; słowa Uchihy zadziałały niczym płachta na byka i wydawać by się mogło, że już niewiele w tej rozmowie pójdzie po ich myśli.
A kim ty niby jesteś? — skwitował ten pośrodku sali, brunet, od początku kojarzący się z namacalnie sceptyczną, wręcz agresywną osobowością. — Pieprzony Uchiha. — Prawie splunął.
Chcesz się odpłacić za to, co ci zrobili? Musisz się skupić i mówić. Współpracować.
Co ty, do diaska, wiesz o współpracy? Ty parszywa mendo bez grosza honoru! — warknął rozjuszony pacjent. — Ty chuja wiesz.
Sasuke, zachowując resztki opanowania, zacisnął mocno szczękę, ale jego ręka odruchowo powędrowała w kierunku rękojeści katany. Dobij gnoja, zachęcało coś wewnątrz jego umysłu. Aż uśmiechnął się krzywo do własnych myśli.
Spokój, dattebayo! — Jako jedyny zareagował; pozostała dwójka jedynie spoglądała w milczeniu, to na jednego, to na drugiego, jakby wyczekując potyczki, której zapowiedź tkwiła gdzieś w napiętej atmosferze. Tylko ten szatyn, leżący bezczynnie na ostatnim łóżku, wciąż nawet nie patrzył. Był zupełnie nieobecny w tym wszystkim. Naruto stwierdził w duchu, że to może i lepiej dla niego.
Nic nie powiem przy tym dupku. Choćbyście mieli dzięki temu cokolwiek wskórać — oznajmił mężczyzna. — Zresztą… Powiedzieliśmy już wszystko.
Uzumaki zerknął na kartę przypiętą do pryczy, a stamtąd wyczytał jego imię.
Minoru — powiedział. — To naprawdę ważne. Próbujemy zebrać wszystko od początku. Być może ktoś coś przeoczył. Wy albo osoby przeprowadzające wywiad. Cokolwiek, co mogłoby nas jakkolwiek naprowadzić na jakiś trop. Proszę.
Wbił niebieskie tęczówki w Minoru. Później także w pozostałe osoby na sali, a Uchiha doszedł do niemego wniosku, że lepiej dla niego i dla nich, jeżeli tym razem nie zabierze głosu. Przy jego następnych słowach mogłaby się polać krew — a to przecież byłoby zupełnie niezgodne z ich początkowym planem.
Po prostu wykonywaliśmy swoją misję — zabrał głos ten najprawdobniej najmłodszy, ten o ciemnych oczach, pod których wpływem pewnie niejedna dziewczyna się rozpływała. — Nagle zjawiło się czterech shinobi. Z tego, co zdążyliśmy zobaczyć, raczej nie mieli żadnych opasek. Cech szczególnych również nie zauważyliśmy, wszyscy nosili maski. Poza tym to trwało zaledwie sekundy. Unieśli ręce, na których mieli… jakieś urządzenia, cokolwiek to było. Później czuliśmy już tylko okropny ból głowy i straciliśmy przytomność. Obudziliśmy się i spędziliśmy dwadzieścia sześć dni w ciemnym, zimnym jak lód miejscu. W pewnym momencie nawet nie wiedziałem, czy w ogóle czułem ich ataki, którymi traktowali nas dzień w dzień, czy może był to jedynie wytwór wyobraźni. Pamiętam tylko tyle, że wszystko nas bolało, marzliśmy i czekaliśmy na śmierć — zakończył ponuro, palcami miętosząc pościel.
Zapadła długa cisza. Sasuke i Naruto analizowali wypowiedź chłopaka bardzo szczegółowo, ale to jeden istotny fragment zwrócił ich uwagę. Fragment, o którym nawet nie zająknął się nikt inny do tej pory. Cholernie ważny fragment.
Urządzenia? — mruknął Sasuke, skinąwszy porozumiewawczo na kompana. Również o tym myślał. Pamiętał.
To wszystko? — upewnił się Uzumaki, jednak coś mu mówiło, że niczego ponadto się nie dowiedzą. Wszystkie ofiary porwań pamiętały przede wszystkim ból. Wobec tego nie czekali na odpowiedź. Po prostu wyszli z sali, zostawiając pacjentów z ich wspomnieniami i myślami.
Poczuli, jakby narastające zewsząd wzburzenie nagle rozpłynęło się w powietrzu, kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi. Odetchnęli i ruszyli długimi korytarzami.
To niemożliwe. — Naruto potarł nerwowo kark, a następnie zmierzwił włosy, pozostawiając je w jeszcze większym nieładzie.
Owszem, możliwe. I zupełnie niedziwne.
Pamiętasz, na jakiej zasadzie to działało. Fale dźwiękowe manipulowane przez specjalną rękawicę potrafiły paraliżować. Jak najbardziej mogłoby to doprowadzić do utraty przytomności. Pewnie nikt do tej pory nie zorientował się, od czego tak nagle mdleli.
Dotarli do izby przyjęć i zaledwie parę metrów dzieliło ich od wyjścia ze szpitala.
Myślisz, że…
N-Naruto? — rozległ się niski, zaciekawiony głos kobiety, przerywając jego dociekania. — I… Sasuke Uchiha.
Obaj niczym w zegarku obrócili się machinalnie. Rozdrażniony spadkobierca Sharingana początkowo zamierzał przyczepić się tego oficjalnego tonu, który spotykał go, odkąd tylko zawitał do Konohagakure, ale opanował się w porę, kiedy tylko dotarło do niego, że właśnie napotkali Temari no Sabaku. W dodatku wcale nie samą, a w towarzystwie dwóch osób — jakiejś nieznanej mu dziewuchy i stojącej z boku, cicho niczym mysz, Sakury Haruno.
Sakury Haruno, której, o zgrozo, w żadnym wypadku nie chciał jeszcze widzieć — a której to obraz chłonął do cna. I choć zupełnie nie był gotów na to spotkanie, w duchu tłumaczył sobie, że to właśnie z tego powodu serce tak dudniło w jego klatce piersiowej. Nie potrafił natomiast pojąć, jak ktokolwiek potrafił wykraść całą chęć do życia z jej zielonych oczu i dosłownie ją złamać, bo tyle dało się wyczytać z jej twarzy.
Sakura — rzekł cicho, ale wiedział, że na próżno wyczekiwałby jakiejkolwiek odpowiedzi, dokończenia ich powitania. Zamiast tego musiał oglądać roztrzęsioną, niemal przerażoną dziewczynę. Niższą o głowę, drobną, wręcz kruchą. Odnosił wrażenie, jakby się oddalała. Jakby uciekała — nie tylko wzrokiem, ale całą sobą. Jak najdalej od niego.
Z niedowierzaniem stwierdził, że w istocie tak było. Wszystkie jego mięśnie napięły się w jednej sekundzie.
Po prostu wyminęła go, z plączącymi się nogami, z trzęsącymi rękoma, ze spuszczoną głową. Wystraszona, odległa i irytująca.
Sasuke jednak ani myślał, żeby zareagować, zatrzymać ją.
Sakura-chan!
Naruto, zostaw — ostro zaoponowała Temari, której nieustępliwy charakter najpewniej ani trochę nie zwiądł w ciągu ostatnich miesięcy. — Nie teraz. Nie była gotowa, daj jej czas.
Poddał się, tak po prostu, jakby cokolwiek do niego dotarło. Niemrawo westchnął i chociaż, jak przypuszczał Sasuke, chciał wypalić z tuzinem pytań, nie odważył się zadać ani jednego.
Co wy tu właściwie robicie?
Zbieramy informacje. Kakashi wezwał Sasuke właśnie specjalnie w tej sprawie. A wy? Sakura-chan nie miała przypadkiem wolnego?
Kunoichi Piasku skinęła głową, ale nie uraczyła przyjaciela odpowiedzią. Po chwili zwróciła uwagę na stojącą nieopodal nastolatkę. Ta w końcu zdecydowała się podejść bliżej. Nie ukrywała śmiałego i zaciekawionego spojrzenia przed Sasuke, zarazem nie będąc przy tym zbyt nachalną.
Sarada, poznaj tego Sasuke Uchihę. Uchiha, poznaj Saradę, uczennicę Sakury — rzuciła z ironią Temari. Mężczyzna zmierzył wzrokiem młodą medyczkę i szybko stwierdził, że zieleń jej oczu nawet kojarzyła mu się Sakurą, lecz z pewnością nie zapadała tak samo w pamięć. Sarada nie pozostawała mu dłużna, bo również przyglądała mu się z uwagą, aż w końcu uśmiechnęła się przyjaźnie. — I co? Jak zbieranie informacji? — dopytała Temari, wracając do interesującego ją tematu. Bądź co bądź, sprawa dotyczyła poniekąd ich wszystkich.
Coś mamy — zdradził Uzumaki. — Nie byle co.
Bez szczegółów — wciął się Uchiha. — I tak musimy jeszcze potwierdzić swoje przypuszczenia. Póki co nic tu po nas. Idziemy, Naruto. — Odwrócił się i postąpił w stronę drzwi, którymi przed paroma minutami uciekła Haruno.
E-ej, Sasuke! Czekaj, no. Cholera. Nawet się nie pożegnasz!
Spadkobierca Sharingana znalazł się już na zewnątrz, kiedy jego przyjaciel jeszcze mówił coś do dziewczyn. Po paru sekundach go dogonił i razem wtopili się w tłum ludzi.
Nie wracali do sytuacji z izby przyjęć; Naruto wiedział, żeby nie pytać, a Sasuke nie zamierzał mówić. Jednakowoż podjęli temat na tamten moment priorytetowy i zgodnie doszli do jednego wniosku.
Narzędzia zasilane siłą dźwięku kojarzyły się wszystkim tylko z jedną wioską. To miejsce zaś — tylko z jedną osobą. Ale ta osoba podobno nie miała już żadnych złych zamiarów, w dodatku wciąż żyła pod stałym nadzorem.
Podobno.
LAYOUT BY OKEYLA