Do
domu Uzumakiego zaszli po parunastu minutach. Chwilę zajęło im
wgramolenie się po wysokich, pozornie nieskończonych, wystawionych
na żar słoneczny schodach. Przez próg budynku przeszli zatem
zziajani — doprawdy, tego dnia skwar nie dawał za wygraną. Wtedy
Sasuke zauważył: niewyniesione, pełne po sam brzeg worki ze
śmieciami; niewyrzucone, puste opakowania po ramen, prawdopodobnie
bardzo stare i hodujące nowe życie; niemała warstwa kurzu na
meblach. Uchylone drzwi od sypialni Naruto ukazały nawet
niepościelone łóżko, kołdrę zsuniętą na podłogę i stertę
najpewniej brudnych ubrań. Ponadto wnętrze zdecydowanie nie
pachniało świeżością.
Mężczyzna
westchnął, choć — prawdę mówiąc — nie spodziewał się
niczego innego.
—
Jeżeli
mam tu mieszkać, ma tu błyszczeć — powiedział sucho,
przechodząc przedsionkiem do pomieszczenia niewątpliwie
spełniającego funkcję salonu. Zrzuciwszy torbę z ramienia, od
razu wypatrzył biały, stojący wiatrak.
Jedyne
zbawienie w tym wszystkim,
pomyślał z ironią.
— Wróci
taki i już się rządzi — fuknął Naruto, wchodząc zaraz za
przyjacielem do pokoju. — Nie mówiąc już o tym, że nawet nie w
swoim mieszkaniu!
— Nie
inaczej — potwierdził i włączył niemal niezbędne przy takiej
pogodzie urządzenie. Kiedy przyjemny powiew otulił jego ciało,
odetchnął cicho. Przelotnym spojrzeniem objął dębowe panele
podłogowe, bladozielone, stare, zniszczone ściany oraz meble,
wykonane głównie z buku, na które składał się nieduży,
prostokątny stół, cztery fotele, obszerna komoda i wąska szafka
na telewizor. Nic nie przykuło jego uwagi na dłużej; ani
fotografie z przyjaciółmi porozstawiane na półkach, ani ogromny
obraz Wioski Ukrytej w Liściach wczesną wiosną, oprawiony w
potężną ramę, zawieszony zaraz nad ławą.
Obaj zasiedli na oprawionych w miękką, ciemną poszewkę siedzeniach. Ku
uldze Uchihy okazały się wygodne.
—
Czyli...
Pójdziesz do niej dziś? — zapytał przyjaciel, niepewnie zerkając
w stronę mężczyzny. Zmarszczył brwi w konsternacji. — Czy
najpierw chcesz wszystko przemyśleć?
— Nie
wiem jeszcze.
Naruto
przytaknął niemrawo, choć nie wydawał się do końca rozumieć
postawy Sasuke. Nie odparł jednak już nic w związku z tematem
Sakury — domyślił się, że niczego więcej nie zdoła wyciągnąć.
Zamiast tego rozpiął zamek czarnej kurtki. Zsunąwszy ją z ramion,
cisnął nią na drugi fotel. Sasuke wciąż nie rozumiał, jakim
cudem Uzumaki wytrzymał w niej tak długo. Zdecydował się tego nie
drążyć, dochodząc do niewymagającego wniosku, że młotek od
zawsze był młotkiem.
—
A
Takumi? — dorzucił Bohater Liścia, jakby naraz się ożywiając.
— Mówiłeś o jakichś sprawach
tam.
Co to za sprawy?
Sasuke,
czując nagłe poirytowanie, zmierzwił włosy i głośno westchnął.
Takumi było ściśle powiązane z jego przeszłością. Nie
zamierzał teraz tego odkopywać, dlatego momentalnie pożałował,
że wcześniej cokolwiek na ten temat napomknął. W myślach
odliczył do dziesięciu i, nie znajdując lepszych słów,
przemówił:
— Nic,
co dotyczyłoby tych ataków, wioski, a tym bardziej ciebie.
—
Zamknięty
jak zawsze — burknął machinalnie Naruto, ale wiedział; wiedział,
że Sasuke nie powiedziałby mu więcej, niżby sam tego chciał. Z
tego powodu, zupełnie jak w przypadku poprzedniego pytania,
postanowił tymczasowo pozostawić temat urwany. — Tak czy tak,
dowiem się wszystkiego — dorzucił, zanim wstał i wyszedł, jak
przypuszczał Sasuke, do toalety.
Uchiha
zastanowił się chwilę; był względnie najedzony, gorąc nadal go
irytował i nie miał najmniejszej ochoty, żeby już wcielać w
życie plan wielkie
sprzątanie mieszkania przyszłego-niby-Hokage
— jakkolwiek
długa nazwa tego planu by nie była. Chciał natomiast odpocząć.
Podróż trwała długo, a krótkie, nieliczne postoje okazały się
niewystarczające. Dlatego wzruszywszy ramionami przeszedł z pokoju
dziennego do skromnej, niedużej sypialni, opadł na miękki materac
łóżka i przymknął powieki.
Drzemał
lekko, przez sen słysząc krzątającego się Naruto.
***
Osunął
się powoli po ścianie, a jego serce biło niespokojnie. Wszelkie
dźwięki dobiegały do niego z opóźnieniem — również skomlenie
olbrzymiego, białego psa. Drżącą ręką otarł strużkę potu na
czole, a następnie przeczesał bujne, brązowe włosy. Oddychał
szybko i płytko; tak ciężko było mu ze swobodą łapać
powietrze. W głębi ducha dziękował pradawnym, zapomnianym bogom
za to, że zdążył skryć się w tej ciasnej, zaciemnionej uliczce,
na którą nikt z przechodniów nie zwracał uwagi. Był pewien, że
nie wybaczyłby sobie do końca życia, gdyby pozwolił na to, żeby
ktokolwiek z mieszkańców Liścia ujrzał go w takim stanie napadu
paniki. A napad ten złapał go zupełnie niespodziewanie.
Wystarczyły trzy słowa.
Sasuke
Uchiha powrócił.
Wiedział,
co to oznaczało. Słyszał pogłoski, jakoby ten drań Uchiha
działał niczym magnes na złowieszcze olbrzymy; z których to jeden
do dziś powracał doń w koszmarach. Czarne, złowróżbne oczy
nigdy go nie opuszczały, choć po ucieczce z rąk porywaczy nie
spotkał ich już ani razu. Przez powrót Sasuke mogło się to
jednak zmienić. Wtedy zaś nocne mary znów stałyby się
rzeczywistością.
Wraz
ze stworami powróciliby także o n i.
Otulił
się swoimi ramionami, a sam bezwiednie zaczął się kołysać w
przód i w tył.
— Cisza
już zastała nas — zanucił, nie zwróciwszy uwagi na zaczepiającą
go łapę psa.
Czuł
krew. Dużo krwi.
— Wiatr
mknie przez las.
Słyszał
krzyki. Głośne.
—
Mroźnych
krain nastał czas. — Pamiętał wszystko; zapachy, widoki,
odgłosy. Pieśń. — Otulonych światłem gwiazd, królujących
pośród państw. Aż po kres lat, w których cisza nie zapomni nas.
Pieśń
o miejscu zimnym. Władczym.
Powracała
w snach — tak jak stwór i jego oczy, tak jak śmiech czterech
mężczyzn, tak jak strach i ból.
***
Sakura
wciąż nie mogła wyjść z szoku spowodowanego informacją o
powrocie Sasuke. Nie potrafiła do końca nazwać związanych z tym
uczuć, jakie ją przepełniały. Każdy kolejny krok przez wioskę
niemal zapierał jej dech w piersiach. Próbowała się uspokoić,
poukładać myśli, ale odkąd wraz z przyjaciółką opuściła
ściany swojego domu, doskonale wiedziała, że nie będzie to takie
łatwe. Temari stąpała tuż obok, taksując okolicę ze stoickim
spokojem. Haruno w duchu dziękowała bogom, że dziewczyna
postanowiła przebyć tę drogę w milczeniu. Sakura wyjątkowo nie
miała ochoty na wysłuchiwanie żadnych monologów, a No Sabaku
najwyraźniej to wyczuła i zaakceptowała.
Z
każdą kolejną chwilą zastanawiała się, czy spotka go za
następnym zakrętem. Albo bezwiednie zerknie gdzieś w bok i ujrzy
go za oknem jakiegoś baru. Być w może w jakiejś ślepej uliczce.
Niemniej jednak żaden z tych scenariuszy nie ziścił się przez
cały odcinek od jej domu aż do szpitala, do którego zmierzały
powolnym tempem. Sakura przyjęła ten fakt z żalem i jedyne, na co
się zdała, to głębszy wdech.
Pragnęła
zobaczyć Sasuke. Przez półtora roku — od zakończenia wojny —
nie widziała go ani razu. Z początku pisała listy, ale nigdy nie
dostała odpowiedzi. Później jednak jej życie zmieniło się w
koszmar i już nic nie było takie samo. Z tego względu na wiadomość
o powrocie Uchihy, zaraz obok podekscytowania i ulgi, pojawiła się
obawa. Szósty oraz Naruto mówili jej o nadwyraz częstych starciach
Sasuke z olbrzymami z północy. Prawdopodobnie tym samym gatunkiem,
który pozostawił na klatce piersiowej Kiby cztery długie, szerokie
blizny oraz wspomnienia.
Sakura
lekko potrząsnęła głową, kiedy weszły do szpitala. Niemal
natychmiast sprowadziła ją na ziemię specyficzna dla tego miejsca
cisza. Znała ją tak samo dobrze jak stare, brudnoniebieskie płytki
podłogowe, spękane, zielone ściany i ostre światło lamp
sufitowych. Dalej, w izbie przyjęć czekało parę osób, zarówno
młodych, jak i starych. Co jakiś czas dało się wychwycić ich
szepty między sobą; ktoś chyba nawet wspomniał o kiepskim stanie
budynku, który po wojnie już dawno powinien przejść remont.
Kobiety
przywitały zaznajomiony personel, wspięły się po schodach na
drugie piętro, przeszły przez drzwi oddziału pediatrycznego i
dotarły do dyżurki. W pokoju nie zastały żadnej z pielęgniarek,
natomiast od razu wypatrzyły piętnastoletnią dziewczynę — jedną
ze stażystek, uczących się na medycznego ninja. Nauki pobierała u
samej Haruno i ku jej dumie, nastolatka uzyskiwała bardzo dobre
efekty swojej ciężkiej, sumiennej pracy. Uczennica młodej kunoichi
stała oparta bokiem o biurko, z nosem w białym segregatorze,
przeczesując blond pasma. Dopiero po paru sekundach radosne, zielone
tęczówki przeniosła na Sakurę i Temari.
—
Sarada
— bąknęła No Sabaku i uśmiechnęła się do młodej dziewczyny.
— Na
ciebie zawsze można liczyć, Temari-san — stwierdziła Sarada.
Odłożyła dokumentację na blat i skinęła lekko głową na dwie
kunoichi. — Sakura-sensei, dobrze cię widzieć. Dziś rano
chciałam poszukać u siebie na strychu jakichś starych
podręczników, a natrafiłam na kartony ze starymi rzeczami.
Haruno
postawiła parę kroków do przodu, kiedy Sarada sięgnęła do
beżowej torby leżącej obok szklanej szafki z lekami. Wyciągnęła
z niej drewnianą szkatułkę o długości dwóch dłoni. Zaś po jej
otworzeniu, Sakurze serce podeszło do gardła.
Niemożliwe!
Wewnątrz
spoczywał kunai o trzech równych ostrzach, między którymi lśniło
niewielkie, ciemnofioletowe oczko. Powierzchnię broni porysowano w
trakcie wielu stoczonych walk, ale to jedynie dodawało jej
zabójczego charakteru. Haruno wręcz nie dowierzała, bowiem ostatni
raz ostrze to widziała bardzo dawno temu i nawet przez myśl jej nie
przeszło, że przez cały ten czas znajdowało się ono w
Konohagakure.
—
Domyślam
się, o czym teraz myślisz i wiedz, że sama o nim nie wiedziałam —
powiedziała jej uczennica, w której oczach migotał żal. —
Wprawdzie należał do mojej siostry, ale postanowiłam podarować go
tobie, sensei. Ja i tak nie zrobię z niego użytku.
W
sercu Sakury szalała istna burza, kiedy chwyciła kunai drżącą
dłonią. Z trudem przełknęła ślinę i wzięła głęboki oddech,
aby następnie szeroko uśmiechnąć się w podzięce.
***
Sasuke
zbudził się nagle. Jego ręka z prędkością światła wybiła ku
górze, a silne palce pochwyciły krtań kogoś, kto znalazł się
zdecydowanie za blisko. Kiedy zaś otworzył oczy, a jego kekkei
genkai rozbłysło krwiście, ujrzał wystraszonego,
zdezorientowanego Naruto, nachylającego się tuż nad nim. Warknął
więc coś pod nosem, lekko odrzucił przyjaciela i sam podniósł
się do pozycji siedzącej.
— Nie
rób tak nigdy więcej, kiedy śpię, młocie — rzucił
ostrzegawczo. Rozejrzał się po pokoju, który, ku jego zdziwieniu,
był czysty. Zero porozrzucanych ubrań, sprzątnięte z szafek
naczynia, niemal lśniące panele podłóg. Zerknął przez uchylone
drzwi i od razu stwierdził, że reszta mieszkania prezentowała się
podobnie, równie czysto. — Kiedy żeś tu posprzątał?
— Kiedy
spałeś. Może i potrafię konkretnie nabałaganić, ale równie
szybko i dokładnie sprzątam, tak dla twojej informacji. — Uzumaki
zarzucił ramiona za głowę i rozciągnął się z cichym
stęknięcem. — Obudzić cię chciałem. Zgłodniałem, więc no,
jedzenie robię. Też chcesz?
Zaprzeczył
w odpowiedzi i wstał szybko z łóżka. Przeklął pod nosem, gdy
dopadł go zawrót głowy. Dołączył do tego pulsujący ból prawej
skroni, który od czasu wojny odzywał się co jakiś czas.
Natychmiast dezaktywował Sharingana.
—
H-hej,
Sasuke. W porządku?
— Ta
— odburknął i ruszył przed siebie, kiedy tylko poczuł się
lepiej. Pomyślał chwilę, zwróciwszy wzrok na tarczę niewielkiego
zegarka stojącego na półce. Dochodziła siedemnasta. Uchiha z
rozdrażnieniem stwierdził, że zmarnował zanadto czasu na sen.
Niespodziewane wezwanie do wioski przeszkodziło mu w eksploracji
światów Kaguyi, co było niezwykle ważnym zadaniem, być może
stanowiącym o losach świata. Nie mógł więc pozwolić sobie na
zbyt długie przebywanie w Konohagakure. Musiał czym prędzej wrócić
do wykonywania misji — zatem powinien nadać szybszego toku sprawie
dotyczącej porwań shinobi.
— Ale
na pewno? — dopytywał, ale Sasuke skwitował to jedynie kiwnięciem
głowy. Naruto postanowił odpuścić. — To co, chcesz to jedzenie?
—
Żadnego
jedzenia, Naruto — odpowiedział szorstko. Nabrał dużej dawki
powietrza do płuc, żeby wyciszyć się choć odrobinę. Następnie
wbił czarne oczy w twarz przyjaciela. Uważnie otaksował
zmarszczone brwi, zdezorientowane, błękitne tęczówki i zaciśnięte
usta. — Kiedy miało miejsce ostatnie porwanie?
— Hę?
—
Ostatnie
porwanie, młocie — syknął Uchiha. — Kiedy?
Naruto
zastanowił się chwilę i podrapał po głowie.
— Bo
ja wiem... Z miesiąc temu może. Ci się odnaleźli akurat. Kilka
dni temu jakoś — odpowiedział i spojrzał niezrozumiale na
Sasuke. Ten jedynie skinął głową w głębokim zamyśleniu, a
kiedy po dłuższej chwili nie powiedział zupełnie nic, Uzumaki
dodał: — Leżą teraz w szpitalu. Całą drużynę znaleziono w
dość ciężkim stanie.
— Zatem
idziemy tam — od razu zarządził Uchiha i wyszedł z pokoju na
przedsionek.
—
Czekaj,
co? Teraz?
—
Teraz.
No, ruszaj się — rzucił, wywierając nacisk na Naruto stanowczym
wzrokiem. — Jeżeli mamy cokolwiek w tej sprawie zdziałać,
powinniśmy wiedzieć jak najwięcej. Jakoś ciężko mi uwierzyć,
że przez ponad rok nie trafiliście na większe tropy. Musieliście
coś przeoczyć.
Nie
spoglądał za siebie, gdy wyszedł z mieszkania. Ze satysfakcją
stwierdził, że już po paru sekundach usłyszał trzaśnięcie
drzwiami, świadczące o wiernie podążającym za nim przyjacielu.
Żaden z nich nie odezwał się przez dłuższy czas, co Sasuke jak
najbardziej odpowiadało; mógł w ciszy pomyśleć.
Szedł
przez Konohagakure i przypatrywał się temu, za co zginął jego
brat. Nie zamierzał pozwolić, aby śmierć Itachiego poszła na
marne, aby stała się nic niewarta.
Przecież
to ty go zabiłeś,
słyszał jednak z tyłu głowy.
Masz
na rękach krew własnego brata.
Zacisnął
pięść.
Nie
mógł dopuścić do pogrzebania marzeń Itachiego.
Bratobójca.
Słabe
westchnienie wydobyło się z jego ust. Z całych sił próbował
zapanować nad umysłem, który w najmniej oczekiwanych chwilach
przypominał mu o wszystkich grzechach. Czuł chęć wyładowania
wzburzonych emocji i gdyby nie towarzystwo Naruto, prawdopodobnie
uderzyłby z całych sił w którąkolwiek z pobliskich ścian lub
murków.
***
Młody
Uchiha próbował wytypować i uporządkować wszystkie informacje,
lecz po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że w istocie
niewiele tego było. W głowie wciąż naprzemiennie przewijały mu
się Kraj Wiatru i Kraj Błyskawicy, jednak oprócz nikczemnych
stworzeń nie znalazł żadnego powiązania.
Milczący
i zirytowany, chłonął wzrokiem gaśnicę — jedną z zapewne
licznych na terenie szpitala — wiszącą na ścianie, przygotowaną
do użytku w nagłej sytuacji. Co parę sekund zerkał jednak w
stronę szklanych drzwi, zupełnie niczym zniecierpliwione dziecko,
zaś siedzący obok przyjaciel miętosił palcami kawałek materiału
koszulki. Od kilku minut czekali na opuszczenie sali przez
dyżurującego lekarza.
— Nie
wierzę, że to zrobiłeś — rzucił z udawanym wyrzutem Naruto,
zabijając dłużącą się ciszę. Obrzucił Sasuke wymownym
spojrzeniem. — Cholerny draniu.
— Niby
jak chciałeś w inny sposób dowiedzieć się, gdzie leżą? Ani nie
jesteś spokrewniony, ani nie masz żadnego świstka od Hokage.
Dotarło
— choć właściwie nie musiało, bo Uzumaki nawet nie oponował,
gdy Uchiha użył genjutsu na recepcjonistce. Niewątpliwie
otrzymaliby stosowną zgodę od Kakashiego na przesłuchanie członków
niedawno odnalezionego oddziału, lecz zajęłoby to, w mniemaniu
Sasuke, stanowczo za długo. Dlatego, kiedy z pomieszczenia
naprzeciwko wyszedł wysoki, barczysty lekarz w średnim wieku,
zupełnie niezaciekawiony obecnością dwójki shinobi na szpitalnym
korytarzu, obaj podnieśli się z krzeseł i czym prędzej przeszli
przez wciąż uchylone drzwi. Zamknąwszy je, zlustrowali czterech
zdziwionych mężczyzn, ubranych w ciemne piżamy, leżących w
łóżkach. Pierwszy, być może najmłodszy, o czekoladowych oczach,
śniadej cerze i brązowych włosach, podniósł się lekko i w
skupieniu przyjrzał się przybyszom. Kolejny zaś, w masywnym,
białym gipsie na przegubie ramienia, zmarszczył groźnie brwi nad
błękitnymi tęczówkami. Wolną ręką zmierzwił brunatne,
sięgające obojczyków kosmyki. Posłał porozumiewawcze spojrzenie
do zajmującego równoległy materac zdezorientowanego blondyna. Na
samym końcu wyblakłej, acz oświetlonej słońcem sali spoczywał
zabandażowany na całej twarzy szatyn, pod kroplówką, leżący w
bezruchu. Nie zaszczycił wzrokiem nikogo.
—
N-Naruto
Uzumaki! — wykrzyczał, po niedługiej chwili, trzeci z nich.
Rozpoznał znanego w Konohagakure bohatera wioski i natychmiast
rozpromieniał. Później otaksował również Uchihę. Sasuke
doskonale wiedział, że mężczyzna rozpoznał również jego, lecz
nikt nie powiedział niczego więcej.
Naruto
skinął głową w przywitaniu i wszedł głębiej. Nie raczył
jednak obdarzyć pacjentów żadnym typowym dla niego uśmiechem —
zamiast tego postawił na takt, co w jego udziale niewątpliwie miało
prawo zaskoczyć. Sasuke z kolei nie zawracał sobie głowy
niepotrzebnymi — w jego mniemaniu — przywitaniami czy
wyjaśnieniami. Zdecydowanie wolał konkrety.
—
Potrzebujemy
jak najwięcej konkretów związanych z porwaniem — rzucił
grubiańsko, przeszywając wszystkich cierpkim spojrzeniem. —
Wygląd tych gości, ubranie. Miejsce. Wszystko, co pamiętacie.
—
Sasuke
— syknął przyjaciel, błądząc karcącymi oczyma po jego twarzy.
Nie tak chciał to załatwić. Nie tak powinni to załatwiać.
Powściągliwa postawa Naruto jednak na nic się zdała; słowa
Uchihy zadziałały niczym płachta na byka i wydawać by się mogło,
że już niewiele w tej rozmowie pójdzie po ich myśli.
— A
kim ty niby jesteś? — skwitował ten pośrodku sali, brunet, od
początku kojarzący się z namacalnie sceptyczną, wręcz agresywną
osobowością. — Pieprzony Uchiha. — Prawie splunął.
—
Chcesz
się odpłacić za to, co ci zrobili? Musisz się skupić i mówić.
Współpracować.
— Co
ty, do diaska, wiesz o współpracy? Ty parszywa mendo bez grosza
honoru! — warknął rozjuszony pacjent. — Ty chuja wiesz.
Sasuke,
zachowując resztki opanowania, zacisnął mocno szczękę, ale jego
ręka odruchowo powędrowała w kierunku rękojeści katany. Dobij
gnoja,
zachęcało coś wewnątrz jego umysłu. Aż uśmiechnął się
krzywo do własnych myśli.
—
Spokój,
dattebayo! — Jako jedyny zareagował; pozostała dwójka jedynie
spoglądała w milczeniu, to na jednego, to na drugiego, jakby
wyczekując potyczki, której zapowiedź tkwiła gdzieś w napiętej
atmosferze. Tylko ten szatyn, leżący bezczynnie na ostatnim łóżku,
wciąż nawet nie patrzył. Był zupełnie nieobecny w tym wszystkim.
Naruto stwierdził w duchu, że to może i lepiej dla niego.
— Nic
nie powiem przy tym dupku. Choćbyście mieli dzięki temu cokolwiek
wskórać — oznajmił mężczyzna. — Zresztą… Powiedzieliśmy
już wszystko.
Uzumaki
zerknął na kartę przypiętą do pryczy, a stamtąd wyczytał jego
imię.
—
Minoru
— powiedział. — To naprawdę ważne. Próbujemy zebrać wszystko
od początku. Być może ktoś coś przeoczył. Wy albo osoby
przeprowadzające wywiad. Cokolwiek, co mogłoby nas jakkolwiek
naprowadzić na jakiś trop. Proszę.
Wbił
niebieskie tęczówki w Minoru. Później także w pozostałe osoby
na sali, a Uchiha doszedł do niemego wniosku, że lepiej dla niego i
dla nich, jeżeli tym razem nie zabierze głosu. Przy jego następnych
słowach mogłaby się polać krew — a to przecież byłoby
zupełnie niezgodne z ich początkowym planem.
— Po
prostu wykonywaliśmy swoją misję — zabrał głos ten
najprawdobniej najmłodszy, ten o ciemnych oczach, pod których
wpływem pewnie niejedna dziewczyna się rozpływała. — Nagle
zjawiło się czterech shinobi. Z tego, co zdążyliśmy zobaczyć,
raczej nie mieli żadnych opasek. Cech szczególnych również nie
zauważyliśmy, wszyscy nosili maski. Poza tym to trwało zaledwie
sekundy. Unieśli ręce, na których mieli… jakieś urządzenia,
cokolwiek to było. Później czuliśmy już tylko okropny ból głowy
i straciliśmy przytomność. Obudziliśmy się i spędziliśmy
dwadzieścia sześć dni w ciemnym, zimnym jak lód miejscu. W pewnym
momencie nawet nie wiedziałem, czy w ogóle czułem ich ataki,
którymi traktowali nas dzień w dzień, czy może był to jedynie
wytwór wyobraźni. Pamiętam tylko tyle, że wszystko nas bolało,
marzliśmy i czekaliśmy na śmierć — zakończył ponuro, palcami
miętosząc pościel.
Zapadła
długa cisza. Sasuke i Naruto analizowali wypowiedź chłopaka bardzo
szczegółowo, ale to jeden istotny fragment zwrócił ich uwagę.
Fragment, o którym nawet nie zająknął się nikt inny do tej pory.
Cholernie ważny fragment.
—
Urządzenia?
— mruknął Sasuke, skinąwszy porozumiewawczo na kompana. Również
o tym myślał. Pamiętał.
— To
wszystko? — upewnił się Uzumaki, jednak coś mu mówiło, że
niczego ponadto się nie dowiedzą. Wszystkie ofiary porwań
pamiętały przede wszystkim ból. Wobec tego nie czekali na
odpowiedź. Po prostu wyszli z sali, zostawiając pacjentów z ich
wspomnieniami i myślami.
Poczuli,
jakby narastające zewsząd wzburzenie nagle rozpłynęło się w
powietrzu, kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi. Odetchnęli i
ruszyli długimi korytarzami.
— To
niemożliwe. — Naruto potarł nerwowo kark, a następnie zmierzwił
włosy, pozostawiając je w jeszcze większym nieładzie.
Owszem,
możliwe. I zupełnie niedziwne.
—
Pamiętasz,
na jakiej zasadzie to działało. Fale dźwiękowe manipulowane przez
specjalną rękawicę potrafiły paraliżować. Jak najbardziej
mogłoby to doprowadzić do utraty przytomności. Pewnie nikt do tej
pory nie zorientował się, od czego tak nagle mdleli.
Dotarli
do izby przyjęć i zaledwie parę metrów dzieliło ich od wyjścia
ze szpitala.
—
Myślisz,
że…
—
N-Naruto?
— rozległ się niski, zaciekawiony głos kobiety, przerywając
jego dociekania. — I… Sasuke Uchiha.
Obaj
niczym w zegarku obrócili się machinalnie. Rozdrażniony
spadkobierca Sharingana początkowo zamierzał przyczepić się tego
oficjalnego tonu, który spotykał go, odkąd tylko zawitał do
Konohagakure, ale opanował się w porę, kiedy tylko dotarło do
niego, że właśnie napotkali Temari no Sabaku. W dodatku wcale nie
samą, a w towarzystwie dwóch osób — jakiejś nieznanej mu
dziewuchy i stojącej z boku, cicho niczym mysz, Sakury Haruno.
Sakury
Haruno, której, o zgrozo, w żadnym wypadku nie chciał jeszcze
widzieć — a której to obraz chłonął do cna. I choć zupełnie
nie był gotów na to spotkanie, w duchu tłumaczył sobie, że to
właśnie z tego powodu serce tak dudniło w jego klatce piersiowej.
Nie potrafił natomiast pojąć, jak ktokolwiek potrafił wykraść
całą chęć do życia z jej zielonych oczu i dosłownie ją złamać,
bo tyle dało się wyczytać z jej twarzy.
—
Sakura
— rzekł cicho, ale wiedział, że na próżno wyczekiwałby
jakiejkolwiek odpowiedzi, dokończenia ich
powitania.
Zamiast tego musiał oglądać roztrzęsioną, niemal przerażoną
dziewczynę. Niższą o głowę, drobną, wręcz kruchą. Odnosił
wrażenie, jakby się oddalała. Jakby uciekała — nie tylko
wzrokiem, ale całą sobą. Jak najdalej od niego.
Z
niedowierzaniem stwierdził, że w istocie tak było. Wszystkie jego
mięśnie napięły się w jednej sekundzie.
Po
prostu wyminęła go, z plączącymi się nogami, z trzęsącymi
rękoma, ze spuszczoną głową. Wystraszona, odległa i irytująca.
Sasuke
jednak ani myślał, żeby zareagować, zatrzymać ją.
—
Sakura-chan!
—
Naruto,
zostaw — ostro zaoponowała Temari, której nieustępliwy charakter
najpewniej ani trochę nie zwiądł w ciągu ostatnich miesięcy. —
Nie teraz. Nie była gotowa, daj jej czas.
Poddał
się, tak po prostu, jakby cokolwiek do niego dotarło. Niemrawo
westchnął i chociaż, jak przypuszczał Sasuke, chciał wypalić z
tuzinem pytań, nie odważył się zadać ani jednego.
— Co
wy tu właściwie robicie?
—
Zbieramy
informacje. Kakashi wezwał Sasuke właśnie specjalnie w tej
sprawie.
A wy? Sakura-chan nie miała przypadkiem wolnego?
Kunoichi
Piasku skinęła głową, ale nie uraczyła przyjaciela odpowiedzią.
Po chwili zwróciła uwagę na stojącą nieopodal nastolatkę. Ta w
końcu zdecydowała się podejść bliżej. Nie ukrywała śmiałego
i zaciekawionego spojrzenia przed Sasuke, zarazem nie będąc przy
tym zbyt nachalną.
—
Sarada,
poznaj tego
Sasuke
Uchihę. Uchiha, poznaj Saradę, uczennicę Sakury — rzuciła z
ironią Temari. Mężczyzna zmierzył wzrokiem młodą medyczkę i
szybko stwierdził, że zieleń jej oczu nawet kojarzyła mu się
Sakurą, lecz z pewnością nie zapadała tak samo w pamięć. Sarada
nie pozostawała mu dłużna, bo również przyglądała mu się z
uwagą, aż w końcu uśmiechnęła się przyjaźnie. — I co? Jak
zbieranie informacji? — dopytała Temari, wracając do
interesującego ją tematu. Bądź co bądź, sprawa dotyczyła
poniekąd ich wszystkich.
— Coś
mamy — zdradził Uzumaki. — Nie byle co.
— Bez
szczegółów — wciął się Uchiha. — I tak musimy jeszcze
potwierdzić swoje przypuszczenia. Póki co nic tu po nas. Idziemy,
Naruto. — Odwrócił się i postąpił w stronę drzwi, którymi
przed paroma minutami uciekła Haruno.
— E-ej,
Sasuke! Czekaj, no. Cholera. Nawet się nie pożegnasz!
Spadkobierca
Sharingana znalazł się już na zewnątrz, kiedy jego przyjaciel
jeszcze mówił coś do dziewczyn. Po paru sekundach go
dogonił i razem wtopili się w tłum ludzi.
Nie
wracali do sytuacji z izby przyjęć; Naruto wiedział, żeby nie
pytać, a Sasuke nie zamierzał mówić. Jednakowoż podjęli temat
na tamten moment priorytetowy i zgodnie doszli do jednego wniosku.
Narzędzia
zasilane siłą dźwięku kojarzyły się wszystkim tylko z jedną
wioską. To miejsce zaś — tylko z jedną osobą. Ale ta osoba
podobno nie miała już żadnych złych zamiarów, w dodatku wciąż
żyła pod stałym nadzorem.
Podobno.